Autor / Wiadomość

DAR-307

Gość







PostWysłany: Pon 22:05, 24 Kwi 2006     Temat postu: DAR-307


DAR-307

"Kolejny parszywy dzień na środku Bałtyku!" - pomyślałem spoglądając przez bulaj na wszechobecną wodę. Siedziałem na kutrze już grubo ponad miesiąc i brakowało mi świeżych posiłków, widoku kobiet i wielu innych rzeczy. Zwlokłem się z koi, aby zająć miejsce za sterem. Przez następne godziny gapiłem się w morze przed dziobem. Na niebie nie było ani jednej chmurki, ale prognozy mówiły, że nadejdzie burza. Po zakończeniu mojej wachty poszedłem do kajuty, by odpocząć przed nadchodzącą nocą, która zapowiadała się niespokojnie.
***
Niewiem, kiedy zapadłem w sen, z którego wyrwała mnie podłoga kajuty, gdy nagła fala wstrząsnęła kutrem, a ja skulnąłem się z posłania. Co sił w nogach pobiegłem do sterówki.
- Co się do Jasnej Anielki dzieje? - ryknąłem próbując przekrzyczeć rozszalałem morze - Posejdon się utopił czy co?
- Najwyraźniej, bo takiego sztormu nie widziałem nigdy w życiu. - odkrzyknął kapitan, zaprawiony wilk morski - Jak ta krypa to przetrzyma oznacza, że mamy więcej szczęścia niż rozumu. Pomóż Jankowi przy sterze, ledwo go utrzymuje...
Podbiegłem posłusznie do koła i złapałem je w ostatnim momencie, bo właśnie posłało młodego Janka w kąt sterówki. Na razie należało tylko utrzymać kurs i wydostać się z macek sztormu. Fale z dziką furią przelewały się przez pokład, ale statek ze zgrzytem przyjmował cięgi i dalej parł w wyznaczonym kierunku. Cała nasza łączność z lądem padła, tak jak nawigacja.
- Musimy płynąć przed siebie... - resztę słów bosmana zagłuszył huk fali uderzającej o prawą burtę.
Rozległ się zgrzyt stali i statek przechylił się pod naporem fali. Tracąc równowagę poleciałem na to, co jeszcze przed momentem było dachem, teraz spełniało rolę ściany. Na moment straciłem dech uderzając plecami o metal. Kolejna monstrualna fala dokończyła dzieła i położyła statek na boku. Miałem nieszczęście po raz wtóry walnąć o metal, lecz tym razem bardziej amortyzującą częścią ciała.
- Trzeba zwiewać kapitanie, jeszcze jedna taka fala, a obróci nas do góry dnem, a wtedy szanse na ucieczkę będą marne. - ozwał się zachrypły głos bosmana.
- To szaleństwo wszędzie dookoła walą gromy! - spanikował Janek - Jak się nie potopimy to jakaś błyskawica nas usmaży!
Kapitan działał szybko. Kazał spuścić tratwę na wodę i opuścić statek. Gdy tratwa z cichym sykiem nabierała rozmiarów zdolnych pomieścić 5 osób zakładałem kapok i wyjaśniałem Jankowi, że w środku nic nam nie zagrozi.
- Ona jest z gumy, - tłumaczyłem - przecież guma nie przewodzi elektryczności.
Z niewielkimi oporami Janek wskoczył do wody i stylem rozpaczliwym (wznosząc wokół siebie chmurę wody) popłynął do tratwy. Bosman i ja podążyliśmy za nim. Za nami opuścił statek maszynista Michał, a kapitan jak przystało na jego stanowisko jako ostatni opuścił spoczywający na lewym boku okręt.
***
W tratwie było nieco ciasno, ale na statek nie było już powrotu. Znad wody wystawała tylko rufa, a i ona szybko pogrążała się w odmętach morza. Burza szalała bezustannie, gromy rozświetlały niebo nadając otaczającej nas wodzie blasku napawającego grozą. Czarne chmury niby całun pokryły niebo. W takiej atmosferze przyszło nam dryfować mając nadzieję, że sztorm ustanie, a nas ktoś wyłowi. Tratwa nadawała sygnał lokalizujący, lecz kto ośmieli się wypłynąć lub wylecieć w taką pogodę? Nikt się nie odzywał, a na twarzy kapitana malował się smutek, ale i złość. Wyjrzałem na zewnątrz i ujrzałem gęsto bijące gromy uderzające praktycznie w jednej linii. Nagle w tratwę uderzyła fala niemal przewracając ją. Moja ciekawość zaowocowała kąpielą w lodowatej wodzie w samym środku sztormu. Szalupa złapawszy falę płynęła oddalając się ode mnie. Próbowałem ją dogonić, ale nie byłem w stanie. Jakaś fala przykryła mnie, a słona woda wdarła mi się do gardła, resztką sił wypłynąłem na powierzchnię i krztusząc się pozwoliłem kamizelce nieść się po powierzchni. Co jakiś czas fale posyłały mnie w głębiny, ale za każdym razem udawało mi się wypłynąć. Ze strachem odkryłem, że prąd niesie mnie w stronę ściany błyskawic. Co najdziwniejsze to, że mimo ciągłych uderzeń w wodę nie zostałem jeszcze porażony i usmażony.
Czułem coraz większe zmęczenie i senność. Choć wiedziałem, że nie wolno mi oddać się Morfeuszowi nawet na moment nie byłem w stanie opanować opadających powiek. Ostatnim, co pamiętam było jasne światło uderzającego przede mną gromu.
***
Powracające zmysły zawiadomiły mnie o twardej powierzchni pod plecami. "To był tylko sen" - pomyślałem, lecz gdy otworzyłem oczy stwierdziłem swój błąd. Ujrzałem belki tworzące sklepienie nade mną, usłyszałem kroki krążącego po pokoju człowieka, poczułem zapach ziół przepełniający pomieszczenie. Spojrzałem w bok i zobaczyłem mężczyznę w szarej koszuli i ciemnych jeansach. Ten usłyszawszy moje poruszenie spojrzał na mnie. Miał ogorzałą twarz i szare oczy emanujące jakąś mądrością i spokojem. Wyglądał na jakieś 25 lat.
- Jak się czujesz? - zapytał z uśmiechem - Znalazłem cię na plaży, byłeś nieprzytomny.
- Głowa mi pęka - stwierdziłem - musiałem przedryfować spory kawał. Dziękuję za ratunek.
- Nie ma za co. Masz, to powinno pomóc na ból głowy.
Podał mi jakiś płyn w cynowym kubku. Wypiłem posłusznie, pachniało jak zatęchła woda, ale rekompensowało smakiem podobnym do zielonej herbaty, lecz z jakimś dodatkiem nie do zidentyfikowania. Ból zelżał jak ręką odjął, ale jego miejsce zająła senność. Powieki opadły jakby były z żelaza.
***
Sny miałem niespokojne. Ciągle wracał do mnie widok błyskawicy uderzającej koło mnie, za każdym razem wzbogacony o jakiś szczegół. Syk wody, gorąc, lecz najdziwniejsze z tego było to, co pojawiło się nad ranem. Po trafieniu zostałem wepchnięty pod wodę. Przez moment mrok spowijał wszystko wokół mnie, potem zobaczyłem błękitny tunel nieprzerwanie wirujący. Czułem się jakbym został wciągnięty w podwodny wir. Spadałem coraz niżej bez przerwy wirując.
***
Ocknąłem się cały zlany potem. Przez niewielkie okienko wpadało światło Księżyca pokrywając wszystko srebrem. Wstałem i zauważyłem, że mam na sobie nie swoje ubranie. "Pewnie z tego, w czym płynąłem zostały albo strzępy, albo zgnojone szmaty..." - pomyślałem rozglądając się po pomieszczeniu. Po kilku chwilach wzrok przyzwyczaił się do półmroku i dostrzegłem przewieszone przez oparcie krzesła moje ubranie. Było suche i w całości. Ubrałem się, bo po tym, co wypełniało moje sny nie miałem ochoty na dalszą podróż pod wodę. W przeciwnym kącie pokoju zauważyłem łóżko, prawdopodobnie należące do gospodarza, lecz puste. Pokoik był niewielki prowadziło doń jedno niewielkie okienko i jedne drzwi. Wyszedłem przez nie i znalazłem się w pomieszczeniu prawdopodobnie pełniącego rolę sieni i kuchni, ponieważ znajdowało się tu maleńkie palenisko z zawieszonym powyżej kociołkiem. Otworzyłem drewniane drzwi i znalazłem się na zewnątrz. Domek znajdował się pośrodku polany. W oddali majaczyła czarna powierzchnia lasu. Lekki wiaterek niósł rześkie powietrze przepojone zapachem drzew. Wciągnąłem powietrze i ruszyłem przed siebie rozkoszując się stałym lądem pod stopami. Uszedłem kilka kroków i minąłem srebrzący się w świetle Księżyca głaz, w lewo i w prawo od niego ujrzałem kolejne. Obejrzałem się by ocenić dystans, nie były dalej niż cztery metry od budynku. Gdy spoglądałem na pogrążony w cieniu budynek do moich uszu dobiegł szmer. Za moimi plecami rozległo się warczenie. Obróciłem się i ujrzałem czarny, umięśniony kształt szarżujący ku mnie. Czerwono jarzące się ślepia wpatrywały się we mnie, gdy cztery łapy zmniejszały nieprzerwanie dystans. Sparaliżowany ze strachu nie byłem w stanie zrobić nawet kroku. Z odrętwienia wyrwał mnie dopiero krzyk:
- Padnij!!! - posłusznie osunąłem się na ziemię przykrywając głowę rękami.
Usłyszałem szczęk metalu, świst, a potem warkot przeszedł w kwik. Gdy wszystko ucichło podniosłem się powoli z ziemi. Z atakującego mnie zwierzęcia wystawała strzała.
- Nic ci nie jest? - Usłyszałem głos mego gospodarza - Nie powinieneś oddalać się od pustelni, w nocy budzą się drapieżcy.
- Właśnie zauważyłem. - mruknąłem - Już drugi raz ratujesz mi życie, a ja nawet nie znam twojego imienia, ty mojego z resztą też nie... Nazywam się Jacek Rygski.
Uścisnęliśmy sobie dłonie, jego uścisk był mocny, lecz nie miażdżący dłoni.
- Co do nazwiska, to wyrzekłem się go już dawno, jestem ojciec Janusz. Może mój ubiór na to nie wskazuje, ale jestem Franciszkaninem. Jak się tutaj znalazłem to długa historia... Idź do środka, zaraz do ciebie dołączę i spokojnie porozmawiamy.
W jego głosie brzmiała nuta, która nie pozwalała na jakiekolwiek dyskusje, posłusznie, więc podążyłem do wnętrza pustelni. Nie wiele później wszedł Janusz. Na plecach znajdował się kołczan strzał, a u boku dyndała kusza. Zdjął ją i postawił razem z amunicją w sieni. Zniknął na moment za ścianą, a po chwili po ścianach sieni szalały odblaski płomieni. Bez słowa wszedł do pokoju z lampką przypominającą oliwną i usiadł obok mnie przy niewielkim stoliku. W migotliwym świetle, jakie padało na jego twarz wyglądał jak ktoś bardzo zmęczony życiem. Nagle potrząsnął głową jakby odpędzał natrętnego owada, a jego twarz nabrała beztroskiego wyrazu.
- Otarłeś się o śmierć już dwa razy Jacku, ale najwyraźniej twoja godzina jeszcze nie nastała. Gdybym nie wybrał się na ryby pewnie bym cię nie odnalazł, ponad kilometr dzieli tę pustelnię od wybrzeża. Opowiedz, co się stało.
Zdałem relację z felernego rejsu przez sztorm i dryfowania po upadku za burtę tratwy.
- Powinienem skontaktować się z kapitanatem w Darłowie, zameldować, że żyję i dowiedzieć się o moją załogę. - zakończyłem.
Przez okno wpadł promień wstającego Słońca, a Janusz zdmuchnął płomień lampki.
- Wiem, o jakiej miejscowości mówisz. Tamtejsza parafia była mi domem przez pewien czas, nim przeniosłem się do - tej pustelni. Na moją rachubę to jakieś siedemnaście kilometrów stąd.
Wstałem i wyjrzałem przez okno. Na horyzoncie zbierały się chmury.
- Chyba odłożysz odejście stąd. - rzekł Janusz - Pogoda się psuje, poza tym nie powinieneś wyprawiać się w zbyt daleką podróż.
- A to dlaczego?
- Twoje ciało zaleczyło już wszystkie rany, lecz wnętrze nadal może być naruszone. Proponuję ci pozostanie tutaj jak długo zechcesz.
Nie wiem, dlaczego, ale myśl o przyjaciołach odpłynęła w niebyt i zgodziłem się na gościnę.
***
W pustelni ojca Janusza nie było elektryczności, wodę codziennie przynosił z pobliskiego strumyka. Kilka lat tam spędzonych zapewne wzmocniło go. Gdy poszedł z wiadrami do strumienia rozejrzałem się dokładnie po budynku. Ściany zdobiły różne odmiany broni białej, łuków. Umeblowanie było ubogie: jedna szafa, dwa łóżka, a raczej maty ułożone na ziemi, stół i dwa krzesła. Podwójność niektórych elementów nie pasowała do pustelni, ale każdy pustelnik może przyjmować pielgrzymów. Znalazłem też jeszcze jedne drzwi, których nie dostrzegłem wcześniej. Prowadziły z sieni do małej spiżarni.
Pustelnia znajdowała się na niewielkim wzgórzu, kołem otoczona była głazami identycznymi z tym, który widziałem w nocy. Zauważyłem wracającego franciszkanina. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały umięśnione ręce nadające się raczej do kruszenia kamieni, niż do modlitwy. Bez wielkiego wysiłku niósł dwa potężne wiadra wypełnione po brzegi wodą.
- Masz niezłe zbiory na ścianach - powiedziałem pomagając mu wlać część wody od kociołka.
- Większość tego znalazłem w pobliżu wzgórza. Kiedyś było to święte miejsce, jeszcze przed chrztem Polski. Ten krąg wokół szczytu - wskazał kciukiem za okno - jest pozostałością po tym. Jeszcze na niektórych widać pozostałości po jakichś znakach. Broń to pozostałości po ofiarach składanych po zwycięskich bitwach.
- Ale wiszą tam także "nowoczesne” szable, gdzieś z okolic rządów Sobieskiego.
- To jest świadectwem pogańskich ciągot polskiej szlachty. Niektóre, jak moja kusza, są zachowane we wspaniałym stanie i nadają się do użytku. Niektóre jednak dostarczyły mi zajęć na wiele dni, aby doprowadzić je do obecnego stanu.
Rozmawiając o przeróżnych rzeczach zjedliśmy śniadanie złożone z mięsa upolowanych przez Janusza zwierząt, chleba jego roboty. Gdy skończyliśmy posiłek Janusz podał napar sporządzony z rosnących nieopodal ziół. Smakował wyśmienicie. Oparłem się o oparcie krzesła rozkoszując się smakiem, gdy mój wzrok padł na wiszący w pobliżu drzwi piękny łuk. Wstałem i podszedłem bliżej. Widniały na nim znaki w nieznanym mi języku.
- Mogę? - zapytałem wyciągając ręce w stronę oręża.
- Proszę bardzo. To jeden z moich najciekawszych znalezisk. Zrobiony chyba z leszczyny, znalazłem go wśród wyjątkowo starych i zniszczonych mieczy, był nienaruszony.
Zdjąłem go z haczyków. Z wyprofilowanym miejscem na dłoń doskonale leżał w ręce, nie za długi, cięciwa w dotyku była mocna, a jednocześnie delikatna. Napiąłem ją jakbym składał się do strzału, brzęknęła melodyjnie, gdy puściłem.
- Naprawdę piękny i doskonale wykonany. - powiedziałem podziwiając go.
- Pasuje do ciebie. - wzrok franciszkanina wypełnił płomień - Strzelałeś kiedyś?
- Dobrych kilka lat należałem do bractwa rycerskiego, przy Darłowskim zamku. Nie wiem czy jeszcze potrafię...
- Zaraz sprawdzimy. Idź na dwór i poszukaj sobie tarczy. Gdzieś mam strzały, które do niego zrobiłem, - rzekł wstając z krzesła - chciałem go używać, ale nie dałem rady, więc zostałem przy kuszy.
Wyszedłem i znalazłem spore drzewo i nadpaloną gałązkę. Narysowałem prowizoryczną tarczę. Odmierzyłem pięćdziesiąt kroków "Powinno wystarczyć na początek." Gdy dołączył do mnie Janusz wziąłem jedną z przyniesionych strzał, nałożyłem na cięciwę i naciągnąłem ją.
- Jak za dawnych czasów, tylko ręka bardziej drży - zażartowałem i wypuściłem pocisk.
Pomknął szybko do celu i z cichym puknięciem wbił się w korę. Janusz pobiegł w stronę tarczy.
- W sam środeczek! - krzyknął - Załóż kołczan, sprawdzimy jak sobie poradzisz przy serii!
Zarzuciłem strzały na plecy i najszybciej jak potrafiłem wystrzeliłem kolejno trzy. Wracały wspomnienia kilku konkursów i wielu godzin treningów. Wszystkie dosięgły celu, czyli centralnego koła. "Ciekawe czy jeszcze potrafię..." - pomyślałem wyciągając z kołczanu dwie strzały. Przykląkłem, ułożyłem łuk poziomo i wsparłem na nim obie. Trzymając je między środkowym a wskazującym i środkowym, a serdecznym ułożyłem je na cięciwie. Strzeliłem. Jak na zwolnionym filmie widziałem jak oddalają się od siebie, potem zboczyły i zaczęły się zbliżać. Równocześnie uderzyły w tarczę jedna milimetry od drugiej. Janusz wyrwał strzały z pnia i wrócił do mnie.
- Jestem pod wrażeniem. Wszystkie trafiły dokładnie w środek tarczy i nie sądziłem, że można strzelić dwoma naraz.
- To był mój popisowy numer na pokazach. - na głowę spadła mi kropla wody - Zaczyna padać, lepiej wejdźmy do środka.
Janusz spojrzał w niebo. Chmury przesuwały się szybko pokrywając błękitne niebo.
- Masz rację. Zanosi się na burzę. Chodźmy!
***
Zaiste po kilkudziesięciu minutach rozpętała się burza. Atramentowo czarne chmury pokryły nieboskłon jak okiem sięgnąć. Od czasu do czasu ciemność rozświetlał błysk gromu, w tych krótkich momentach jasności wydawało mi się, że dostrzegam jakieś kształty między drzewami. Franciszkanin siedział na krześle trwając w głębokim zamyśleniu.
Ciszę rozdarł huk. Grom uderzył gdzieś na granicy lasu. Ojciec poderwał się z miejsca chwytając leżącą obok kuszę. Zaraz potem rozległ się głośny ryk.
- Trzymaj i używaj dobrze - podał mi łuk - Musimy ich przytrzymać dopóki bariera się nie odtworzy...
Totalnie nie rozumiejąc jego słów złapałem łuk i zarzuciłem kołczan na plecy. Janusz był już przy drzwiach. Pobiegłem za nim. Wokół chatki zebrały się cienie. Niektóre o czerwonych ślepiach jak zwierzę, które mnie zaatakowało, inne wyższe przypominające sylwetką człowieka. Na progu franciszkanin zdjął ze ściany dwa białe kształty. Podał mi krótszy ze słowami:
- Byłeś rycerzem, więc powinieneś wiedzieć jak się tym posługiwać.
Przyjąłem podarek, znajomy, dawno nie trzymany ciężar przywołał kolejne wspomnienia. Wysunąłem lekko miecz, ostrze w świetle gęsto bijących błyskawic zdawało się lśnić błękitem. Przypasałem miecz i wyszedłem za ojcem Januszem przed pustelnię.
Cienie kłębiły się w miejscu, gdzie ziała spora wyrwa w ziemi, tuż obok jednego z głazów tworzących święty krąg. Zabrzmiał kolejny ryk, któremu odpowiedziały inne, lecz nie tak doniosłe. Odruchowo przyklęknąłem i oparłem strzałę o cięciwę. Mój towarzysz wbił kilka bełtów w ziemię, nic dziwnego, kuszę ładuje się długo, a dzięki temu skrócił ten czas o sięganie po amunicję. Ciemność przed nami drgnęła i bestie ruszyły. Strzelałem najszybciej jak mogłem, by wypełnić przerwy w strzałach mnicha. Często używałem mojego popisowego numeru, a wtedy dwa cienie padały bez ruchu. Każdy strzał Janusza wstrząsał szeregami atakujących, kiedy jego bełt przeszywał kilka cieni tłoczących się przy wyrwie. Nie wiem jak długo broniliśmy wzgórza, jakimś sposobem jeden z bardziej ludzkich kształtów podszedł mnie z prawej. Odskoczyłem do przodu odrzucając łuk i sięgając po miecz. Cień nie zwrócił na mnie uwagi, lecz ruszył w stronę drzwi pustelni.
- Równowaga powraca! - wykrzyknął mnich.
Wszystko wokół zabłysnęło przez sekundę jasnym światłem. Istota stojąca na progu wydała z siebie ryk bólu i wściekłości, po czym rozpłynęła w nicość.
Podniosłem łuk, schowałem miecz, na granicy kręgu pozostało kilku maruderów, ale nie czułem potrzeby zwracania na nich większej uwagi.
- Co to było?!? - zapytałem wchodząc za Januszem do budynku - I o jakiej barierze mówiłeś?
Franciszkanin westchnął i z poważną miną odparł:
- Jestem ci winny wyjaśnienia. Masz rację. Chodź.
Poprowadził mnie do pokoju i odsunął swój materac odsłaniając klapę w podłodze. W ciemności widziałem schody prowadzące w dół. Janusz zszedł po nich, a ja za nim.
Mrok panujący w piwniczce był tak gęsty, że straciłem przewodnika z oczu. Rozległ się cichy trzask i na ścianach zapłonęły migotliwym światłem lampki podobne to tej, która rozświetlała ciemności na górze. Pomieszczenie miało wymiary podobne do pustelni, lecz prowadziły zeń jeszcze drzwi. Ściany zasłaniały regały z książkami w grubych okładkach upchnięte ciasno jak ludzie w tramwaju... w godzinach szczytu. Janusz stał przy wyjątkowo grubej księdze umieszczonej na piedestale. Przywołał mnie gestem, podszedłem. Księga oprawiona w czerwoną skórę, żelaznymi okuciami wyglądała na bardzo starą. Na okładce widniały nieznane mi symbole.
- Otwórz...
Z lekkim drżeniem rąk otworzyłem ją bojąc się, aby nie rozpadła się pod mym dotknięciem. Początkowe stronice pokryte były pismem podobnym do tego z okładki, lecz w miarę jak przewracałem kolejne strony pismo się zmieniało, jakby różne osoby pisały w tej księdze. Zmieniał się także język, dziwne symbole przeszły w normalny alfabet, razem z nim przyszła łacina potem polski, najpierw archaiczny, potem coraz bardziej zrozumiały. Ostatnie stronice zapisane były współczesną polszczyzną, za nimi widniało jeszcze wiele pustych kart.
- To "Księga Strażników" prowadzona przez kolejnych mieszkańców tej pustelni. Budząc się tutaj opuściłeś świat, jaki znałeś Jacku.
- O czym ty bredzisz?
- To wzgórze znajduje się poza ziemskim wymiarem...Nie, jest na jego granicy. Tu zbiegają się wszystkie rzeczywistości i wzgórze istnieje w każdym z nich. Jedne mroczne, inne pełne dobra. Istoty, które żyją w otaczającym nas borze są wygnańcami, bytami bez własnego świata. To napełniło je nienawiścią, tę nienawiść skierowali przeciwko innym wymiarom pragnąc je zniszczyć. Tu pojawili się pierwsi Strażnicy, uciekinierzy z pierwszego zniszczonego wymiaru. Stworzyli krąg nieprzekraczalny dla Wygnańców, lecz burze przechodzące nad nim czasami zakłócają równowagę energetyczną. Wtedy Wygnańcy atakują tak jak dziś...Wtedy za wszelką cenę musimy chronić pustelni. Oprócz tego wzgórza istnieje jeszcze kilka takich miejsc...
- Jak zwykle nie zawiodłeś ojcze. - rozległ się kobiecy głos.
Janusz obrócił się i rzekł:
- Nie wolno mi zawieść, pani.
- Tym razem było Ich więcej, lecz i ty nie byłeś sam.
Również się obróciłem. Ujrzałem kobietę w długiej, śnieżno-białej, falistej sukni, na szyi nosiła bursztynowy naszyjnik. W dłoni niosła lichtarz z płonącą świecą. Widziałem ją już.
- Witaj, Księżno Zofio. - powiedziałem kłaniając się nisko.
- Skąd znasz to imię?
- Każdy darłowianin zna legendę o księżnej Zofii, Białej Damie czuwającej nad zamkiem.
- Skąd jednak pewność, że to ja? - odparła z rozbawieniem.
- Ponieważ już cię spotkałem, pani. Nocą w zamkowej sali reprezentacyjnej. Miałem wtedy jakieś 12 lat, a ty pani stałaś koło gobelinu przedstawiającego twego kuzyna Eryka I. Dopiero następnego dnia zdałem sobie sprawę, kogo widziałem patrząc na twój portret wiszący w tej sali.
- Masz zaiste rację. Co noc odwiedzam mój zamek. Z twoją wiedzą przydasz się ojcu Januszowi, lecz i ona może nie wystarczyć... Do zobaczenia rycerzu w czerwonym płaszczu...
Księżna zniknęła równie niespodziewanie jak się pojawiła.
- O co chodziło z tym czerwonym płaszczem? - zapytał franciszkanin.
- Tamtej nocy ubrany byłem na czerwono, to była swoista próba. Następnego dnia zostałem pasowany na rycerza. To był kostium rycerski. Musiałem spędzić noc w zamku, by móc zostać członkiem Bractwa Zamku Darłowskiego.
***
Większość kolejnych dni spędzałem w bibliotece. Wiele spośród ksiąg napisanych było w dawno zapomnianych językach, aczkolwiek niektórzy Strażnicy sporządzali tłumaczenia niektórych z nich. Dzięki kilku lekcjom udzielonym mi przez Janusza nauczyłem się wyczuwać zachwiania równowagi energetycznej wzgórza. Kilka książek traktowało o magii. Za zezwoleniem franciszkanina zacząłem je studiować. Odnosząc mizerne sukcesy.
***
Od kilku dni nie nawiedziła nas żadna burza. Niestety, nic, co dobre nie trwa długo. Już rankiem położyłem łuk w podręcznym miejscu, a koło niego znaleziony przez siebie krótki miecz. Lekko wygięty, o białej rękojeści i takiej samej pochwie, pozbawiony jelca. Mógł być bardzo poręczny. W okolicach południa rozpętała się potężna burza. Błyskawice rozcinały niebo jakby chciały je podzielić na maleńkie plasterki. Teraz, gdy potrafiłem czuć energię burza była jeszcze straszniejsza. Każdy grom powodował dreszcz, im bliżej wzgórza uderzył tym silniejszy. Nagle dwa gromy jak jeden mąż trzasnęły w zbocze. Oba przerwały barierę, podrywając mnie i Janusza na równe nogi. Nie potrzebowaliśmy słów, by znać swe obowiązki. Zapiąłem kołczan i ściskając w jednej ręce łuk, a w drugiej mieczyk pobiegłem do drugiego przerwania po przeciwnej stronie pustelni. Janusz został przy wejściu.
Na rogu spotkałem pierwszego Wygnańca. W dłoni zalśniło błękitem ostrze przecinając go na pół. Zająłem stanowisko przy ścianie pustelni, miecz wbiłem w ziemię i rozpocząłem ostrzał. Jedno mnie cieszyło, posiadałem niewyczerpaną ilość pocisków.
Przez wyrwę wciskali się oni. Jedni z okrzykiem, inni z szeptem na ustach. Jedni humanoidalni, inni wyglądający jak czworonożne drapieżniki z najgorszych koszmarów. Jedno ich łączyło, chcieli dostać się do portalu pod pustelnią, a ja byłem ku temu przeszkodą.
Wielu padło pod moimi strzałami nim zmusili mnie do podniesienia miecza. "Wszystkie niegdysiejsze nauki, nieprzydatne przez lata... Teraz nadszedł sprawdzian..."
Ostrze miecza cięło widmowych Wygnańców niczym gorący nóż masło. Wreszcie jednemu z Cerberów (tak nazwałem czworonożnych Wygnańców przypominających olbrzymie psy) udało się mnie powalić, gotował się do zatopienia kłów w mym gardle, gdy poczułem powracającą barierę. Cerber zaskowyczał i rozpłynął się w powietrzu.
Wstałem i szybkim krokiem podążyłem do wejścia. Ku memu zdziwieniu nie widziałem tam franciszkanina. W środku także go nie było.
- Zabrali go Jacku...
Odwróciłem się i spojrzałem w oczy księżnej.
- Wygnańcy? Po co?
- Gdy nie ma Strażnika mogą przekroczyć Portal.
- Wystarczyłoby żeby go zabili...
- Nie... Ojciec Janusz zabezpieczył wrota prowadzące do Portalu. Chcą by im powiedział jak, lecz nie wiedzą o tobie, ty jesteś teraz Strażnikiem, bo on jest już stracony...
- Musi być jakiś sposób!
- Moja wiedza go nie zawiera.
Suknia Zofii zafalowała na wietrze, razem z wiatrem zniknęła Biała Dama.
***
Nie wiem ile godzin spędziłem w bibliotece poszukując w zebranych tam woluminach jakiejś szansy dla Janusza.
- Dlaczego tak uparcie starasz się go uratować? - głos księżnej poderwał mnie z krzesła - On już jest stracony.
- To sprawa honoru, pani. On uratował mi życie już dwukrotnie, muszę chociaż spróbować!
- Prawdziwie rycerska dusza drzemie w tobie, lecz jeśli polegniesz pustelnia pozostanie bez obrońcy.
- Nie polegnę...Nie zawiodę... - księżna bez słowa opuściła mnie.
W żadnej spośród ksiąg nie znalazłem żadnego śladu miejsca, dokąd mógł zostać uprowadzony Franciszkanin. Nagle poczułem, że coś ociera mi się o nogę. Był to biały, puszysty kot.
- Skąd się tu wziąłeś? - powiedziałem głaszcząc go po aksamitnej sierści - Przykro mi, ale nie mam tu nic dla ciebie...
Wskoczył na stół, przy którym siedziałem i zręcznie omijając porozrzucane papiery położył się niedaleko mnie. Uśmiechnąłem się do niego i dalej zanurzyłem w poszukiwaniach.
- Nie znalazłeś tam tego, czego szukasz i nie odnajdziesz... - niewiadomo skąd rozległ się niski męski głos.
Poderwałem się z krzesła dziko rozglądając wokół. Nigdzie nie było nikogo.
- Szukasz daleko, a odpowiedź jest tak blisko...
Z niedowierzaniem spojrzałem w dół. U moich stóp siedział kot wpatrując się we mnie.
- Tak, to mnie słyszysz. Nie patrz tak, nie raz na mnie spoglądałeś i mi współczułeś, lecz jednocześnie fascynował cię mój los.
- Kim... Czym jesteś?
- Pomyśl. Przypatrywałeś mi się wielokrotnie. Wyglądałem znacznie gorzej... I byłem martwy...
Usiadłem ze zdumienia. "Skoro spotkałem tu księżną to i to jest możliwe..."
- Widzę, że zrozumiałeś. Złożono mnie jako rytualną ofiarę, żywcem zamurowano w murze zamkowym. Gdy wydobyto mnie z mego grobu zacząłem pojawiać się tutaj. Swobodnie poruszam się po lesie. Bestie mnie nie atakują. Poprzedni Strażnik dokarmiał mnie, ale nie odzywałem się do niego. Był kapłanem, podobnym do tych, którzy skazali mnie na powolną śmierć... - sierść na jego grzbiecie zjeżyła się, a ogon podwoił swoją grubość.
- Skąd wiesz, że nie ma tu tego, czego szukam? - zapytałem wskazując na piętrzące się wokół woluminy.
- Wiem gdzie uprowadzili twojego poprzednika. To tego właśnie szukałeś, czyż nie? Wiem także jak się tam dostać.
- Powiedz mi! Muszę mu pomóc!
- Jest w zamku leżącym w lesie. Sam jednak nie przedrzesz się przez puszczę.
- Muszę chociaż spróbować!
Ruszyłem na górę. Założyłem kołczan, przypasałem miecz i wziąłem w dłoń łuk. Wyszedłem na zewnątrz i usłyszałem:
- Naprawdę gotów jesteś zaryzykować własne życie by go ratować?
- Tak. - odpowiedziałem twardo.
Sierść kota zalśniła, blask nabrał potężnych rozmiarów. Gdy przygasł moim oczom ukazał się kot dostatecznie duży by unieść człowieka, jednocześnie o kłach zdolnych skruszyć człowiecze kości.
- Wsiadaj, poniosę cię do zamku.
Jego głos brzmiał głębiej niż poprzednio. Nieśmiało usiadłem na jego grzbiecie. Bez ostrzeżenia wyskoczył przed siebie prawie zrzucając mnie ze swojego grzbietu. Przywarłem do niego z całych sił by nie spaść. Kot sadził przez las z niesamowitą szybkością. Czasami udawało mi się zauważyć płonący wzrok Wygnańca spoglądający z ukrycia.
***
Nagle kocur zwolnił, kiedy stanął niezwłocznie zsunąłem się z jego grzbietu. Między pobliskimi drzewami jaśniało światło. Ostrożnie wyjrzałem zza krzaków i ujrzałem wielką polanę, a na niej zamek z czerwonego kamienia. Posiadał jedną wysoką wieżę, z której napewno był doskonały widok. Pod nią znajdowała się brama, przejście niezauważenie nie wchodziło w rachubę. Najniższe okna znajdowały się stanowczo zbyt wysoko by wspiąć się nie zwracając niczyjej uwagi.
- Pytaniem pozostaje: jak dostać się do środka?
- Mówiłem, że wiem jak się tam dostać, chodź! - podążyłem za znikającym w krzakach kocurem.
Doprowadził mnie do jamy w ziemi w większości zasłoniętej krzakami. Wpełzłem do niej. W ciemności niewyraźnie majaczył koniec kociego ogona. Dla niego przejście nie stanowiło problemu, ale dla mnie było przyciasnawe. Wreszcie zobaczyłem nikłe światełko. Ostrożnie wyjrzałem. Przejście prowadziło do podziemi, na ścianach płonęły pochodnie.
Najciszej jak mogłem wyczołgałem się z tunelu. Byłem w ślepym korytarzu, jedyne wyjście było przede mną, po kocie nie było śladu. "Ekstra, wprowadził mnie do środka i zwiał..." Ostrożnie wyjrzałem za róg. Nikogo w polu widzenia. Powoli szedłem szerokim korytarzem, po obu jego stronach znajdowały się puste cele. "Logicznie rzecz biorąc Janusz powinien gdzieś tu być..." Nagle u wylotu korytarza zobaczyłem zbliżające się światło, wskoczyłem do najbliższego lochu, by uniknąć zauważenia.
Kroki dwóch istot ucichły, rozległo się głuche łupnięcie i szczęk zamka. "Musieli coś wrzucić do celi obok, teraz stoją na warcie...Jak ich ominąć?"
Obok rozległ się dźwięk podobny do ciągnięcia czegoś po podłodze. Potem wraz z cichym jękiem usłyszałem modlitwę po łacinie. "To musi być on! Czas na wypróbowanie studiów..." Wyciągnąłem dłoń przed siebie i napiąłem mięśnie. Po kilku chwilach zaczęła drżeć.
- Bitain Matar... - wyszeptałem i na dłoni zaczęło błyszczeć słabe światełko. Wysunąłem dłoń z celi i zwolniłem napięcie mięśni. Świetlna kula wzniosła się do sklepienia i eksplodowała. Z całą siłą kopnąłem w drzwi. Z cichym plaśnięciem wgniotły jednego ze strażników w ścianę, drugi wciąż tarł oczy po niedawnym błysku. Wyciągnąłem miecz jednocześnie tnąc, drugi strażnik padł. Obydwaj nawet nie dowiedzieli się, co ich zabiło. Obaj ubrani w podarte łachy zupełnie nie przypominali Wygnańców. Zajrzałem do celi przez niewielki zakratowany otwór.
- Janusz! Jesteś tam?
- Jacek, to ty?- zabrzmiał umęczony głos - Co ty tu robisz wariacie?
- Przybywam na ratunek... - z całych sił uderzyłem mieczem w kłódkę. Zazgrzytał metal i drzwi stanęły otworem - Chodź uciekamy!
- Niepotrzebnie przychodziłeś, nie uda mi się, uciekaj sam - podniósł głowę, na oczach miał przewiązaną białą przepaskę. W miejscu oczu miała na sobie ciemnoczerwone plamy - będę tylko ciężarem, teraz ty jesteś Strażnikiem. Uciekaj zanim przyjdzie Xizor!
Nim zakończył zdanie na korytarzu rozległa się wrzawa. Tupot wielu nóg był coraz bliższy. Zdjąłem łuk, nałożyłem strzałę na cieńciwę. Gdy tylko pojawił się pierwszy strzeliłem, z jękiem opadł na podłogę. Kolejnych, którzy nie zdołali się zatrzymać spotkał ten sam los. Następni już nie nadbiegali, ale widziałem wiele cieni stłoczonych za rogiem, nagle skróciły się, jakby rzucający je przyklękli. Rozległ się głos zimny i głęboki.
- Nie uratujesz mnicha, Rycerzu. Zginiesz razem z nim, a razem z tobą wyginą Strażnicy. Portal będzie nasz! - Zza rogu wyłoniła się mroczna sylwetka. Długa peleryna spływała z jego pleców.
Wystrzeliłem dwie strzały, Leciały prosto w serce nadchodzącego. Nagle skręciły i wbiły się w ścianę jakby odepchnięte samą jego wolą. Spróbowałem jeszcze raz, sytuacja się powtórzyła.
- Znacznie więcej trzeba, by unicestwić Xizora. - rzekł - Niewiele go nauczyłeś, Mnichu...
Wyciągnąłem miecz i zamachnąłem się by ciąć, lecz ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Miecz z brzdękiem spadł na podłogę. Machnięcie Xizora posłało mnie daleko w tył i przygwoździło do ściany. Czułem niewyobrażalny nacisk na klatkę piersiową, zabrakło mi tchu. Gdy nacisk ustał osunąłem się na ziemię. Trwając na czworakach ciężko łapałem oddech. Spod koszulki wysunął się niewielki biały stożek zawieszony na rzemieniu, prezent od dziewczyny. "Zdaje się, że to koniec, Aniu, już więcej się nie spotkamy..." - pomyślałem słysząc zbliżającego się Xizora.
Błysk światła zamknął mi oczy. Nic nie poczułem.
- Nie możesz tego zrobić... - usłyszałem głos księżnej. Stała między mną, a Xizorem w białej powiewającej sukni.
- To mój zamek, mogę w nim robić, co zechcę! Zejdź mi z drogi zjawo!
- Zamek należy do ciebie, ty ustalasz w nim zasady, ale nawet ciebie obowiązują niepisane prawa tego świata, a tutaj nikomu nie wolno zgładzić Jednorożca, ani jego potomków, nikomu nawet tobie Księciu Potępionych.
- Wiem o tym! Co on ma do tego?!
- Wstań Jacku i pokaż mu, co spoczywa na twojej szyi. - bez szemrania wykonałem polecenie księżnej - Oto stoi przed tobą posiadający róg Jednorożca. Jak zatem widzisz nie możesz mu wyrządzić krzywdy... - sądząc po jej głosie czerpała satysfakcję z pokrzyżowania zamiarów Xizora.
- To przecież zaledwie skrawek rogu! - protestował - On jest człowiekiem, a nie jednorożcem!
- Ten skrawek wystarcza byś musiał puścić go wolno, takie jest prawo, wiesz o tym...
- Zabieraj go, jeśli chcesz, lecz pamiętaj nawet on nie jest nieśmiertelny. Kiedyś go dopadnę, miłośniczko ludzi. Możesz zabrać też to. - wskazał z pogardą na franciszkanina - Nie jest mi już potrzebny.
- Skoro nalegasz... - rzekła księżna i rozłożyła szeroko ręce. Zabłysło oślepiające światło i oto ponownie znaleźliśmy się w pustelni.
***
Następnego dnia razem z księżną i franciszkaninem poszedłem do biblioteki. Janusz podszedł do mocarnych dębowych drzwi i otworzył je. Znajdowało się za nimi niewielkie pomieszczenie z rzeźbionym rozmaitymi symbolami łukiem po środku. Wewnątrz łuku obraz zdawał się lekko załamywać. Każdy Strażnik pewnego dnia przechodzi przez Portal by swe ostatnie dni spędzić we własnym świecie.
- Wyruszam w swą ostatnią podróż. Szkoda tylko, że pozbawiony oczu...
- Pamiętaj o oczach swojej duszy, nimi zobaczysz znacznie więcej. - rzekła księżna.
- Masz rację pani. Żegnaj... - mnich skłonił się nisko.
- Żegnaj Ojcze... - odpowiedziała księżna składając pocałunek na jego policzku.
- Strzeż tego pomieszczenia ze wszystkich sił, Jacku. Teraz to twoje zadanie.
- Będę przyjacielu, żegnaj... - uścisnąłem jego dłoń.
Janusz odwrócił się i wspierając się na lasce wkroczył w portal i zniknął. Demony pozbawiły go oczu i zatruły jego ciało, oby śmierć była dla niego łaskawa.
- Jesteś teraz jedynym Strażnikiem Portalu. Nie zapominaj, że nie jesteś niezniszczalny i nie ryzykuj bez potrzeby, raz udało mi się ciebie ochronić, drugi raz Xizor nie da się nabrać. Kobieta, która dała ci ten naszyjnik musiała cię bardzo kochać...
- Powiedz mi tylko jedno, czy to naprawdę kawałek rogu jednorożca?
- Może... - księżna zniknęła nie odpowiedziawszy.
***
"Mój czas już dobiega końca. Ty, który czytasz te słowa zobowiązany jesteś zostać kolejnym Strażnikiem. Przybyłeś jednak zbyt późno, bym mógł cię wspomóc swoją wiedzą. Pozostawiam Kocura, traktuj go dobrze, a zyskasz jego pomoc. Za chwilę wyruszę w swą ostatnią podróż. Księżna Zofia zawrze wrota. Przejdę przez Portal z nadzieją, że dane mi będzie jeszcze, choć raz zobaczyć tę, której zawdzięczam życie...Moją Anię..."

KONIEC
Gość







PostWysłany: Sob 19:24, 10 Cze 2006     Temat postu:


Dobre Smile
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)


 


Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach